Zwiedzanie Teneryfy – Los Gigantes i Masca

Wolny dzień na Teneryfie oznacza jedno – wycieczkę samochodową. Tym razem na cel obrałam zachód wyspy i dwa miejsca, którym przewodniki poświęcają szczególnie dużo uwagi.

LOS GIGANTES

Na pierwszy ogień idzie Los Gigantes, a właściwie Acantilados de los Gigantes – miejscowość w której zobaczyć można ogromne klify, zwane również klifami gigantów, wynurzające się z wód Atlantyku. Widok na olbrzymów rozciąga się już przy samym wjeździe do miasta i faktycznie robi piorunujące wrażenie.

Te niesamowite klify sięgające aż do 600 m widać praktycznie z każdego miejsca w miasteczku, ale z pewnością warto podejść do nich bliżej, aż do samej plaży położonej kawałek za portem. Plażowanie można sobie podarować, bo piasek pozostawia wiele do życzenia. Mała i czarna może być moim zdaniem sukienka albo kawa, ale na pewno nie powinna być taka plaża – dlatego nie warto specjalnie rezerwować czasu na opalanie. Spragnionym odpoczynku i ochłody dużo bardziej spodoba się niedaleki basen naturalny z widokiem na ocean.

Ponieważ klify znajdują się w mocno turystycznej okolicy (niedaleko znajduje się Playa de las Americas, najsłynniejsza plaża Teneryfy), sama miejscowość ma bardzo dużo do zaoferowania i można tam spędzić naprawdę przyjemny dzień. Poza tym, dzięki korzystnemu położeniu w zachodniej części wyspy, odwiedziny u Gigantów można wygodnie połączyć z innym must-see Teneryfy, wypadem do słynnej wioski Masca położonej w masywie górskim Teno.

MASCA

Pierwsza część atrakcji to droga dojazdowa do wioski. Długa nitka wąskich serpentyn stanowi nie lada wyzwanie dla kierowcy i gwarantuje pasażerom wrażenia okołozawałowe, ale daje też możliwość podziwiania szczytów górskich i samego wąwozu „od środka”. Czas przejazdu zależy nie tylko od umiejętności kierowcy, ale też od wielkości pojazdu (te większe muszą robić zakręty na kilka razy), liczby jadących tam akurat autobusów, itd.

      

Jaką długość trasy pokazuje Google? 36 minut. Ile czasu zajęło nam jej pokonanie? Mniej więcej dwa razy tyle. A jestem w stanie sobie wyobrazić, że zajmuje jeszcze więcej, jeśli ktoś ma ogromnego pecha 😉 Pozostaje jedynie uzbroić się w cierpliwość i zachować ostrożność.

Dojeżdżamy na miejsce, okazuje się, że miejsc do parkowania jest jak na lekarstwo. Nie należy jednak rezygnować, zdecydowanie opłaca się przeczekać, ponieważ miasteczko jest naprawdę malutkie i jego zwiedzanie nie trwa długo. Stojące na głównej drodze samochody na pewno nie są tam zostawione na cały dzień. Zrobiliśmy kilka rundek dookoła parkingu, aż nam się poszczęściło.

Masca to wioska ukryta pośród gór, podobno kiedyś służyła za miejsce kryjówki piratów (?) i zanim wybudowano drogę asfaltową, jedynym sposobem, by się tam dostać, była podróż na grzbiecie osiołka. Na miejscu ukazuje nam się malownicze miejsce z widokiem na wąwóz prowadzący wprost do oceanu. Następnie czeka nas krótki spacer mocno stromą, wybrukowaną ścieżką w dół, aż do charakterystycznej skały.

O ile jest to miejsce zdecydowanie warte polecenia ze względu na widoki, muszę przyznać, że chyba nigdy w życiu nie było mi aż tak gorąco. Niby wszystko pięknie, bezchmurne niebo, słoneczny dzień, ale Masca jest ze wszystkich stron otoczona górami i nie ma ani grama wiaterku, stąd gorący wrześniowy piątek zostanie przeze mnie zapamiętany jako dzień w którym niemalże zostałam pieczonym kurczakiem. Niezbędnym wyposażeniem okazała się dwulitrowa butelka wody 😉

Tak jak pisałam w moim wcześniejszym poście, trasa trekkingowa prowadząca przez wąwóz do oceanu jest od jakiegoś czasu zamknięta, ale podobno trwają prace „remontowe”, dzięki którym wąwóz będzie przystępniejszym, łatwiejszym i przede wszystkim bezpieczniejszym szlakiem. Jest zatem szansa, że trasa zostanie przywrócona do życia w niedalekiej przyszłości.

Masca porównywana jest przez wielu do peruwiańskiego Machu Picchu, moim zdaniem w pełni uzasadnienie. Czy też widzicie podobieństwo?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *