Wyspa Cozumel w Meksyku – nie przegap!

Półwysep Jukatan. Robimy zoom na mapę, a naszym oczom nie może umknąć średniej wielkości wyspa w kształcie łezki przy karaibskim wybrzeżu Meksyku. Cozumel znana jest głównie ze swoich rajskich, dziewiczych plaż. To właśnie był cel mojego pierwszego weekendowego wypadu podczas miesięcznego pobytu w Playa del Carmen, gdzie towarzyszyła mi ekipa Wifi Tribe.

TRANSPORT

Na Cozumel można się dostać promem płynącym z Playa del Carmen – przewoźników jest dwóch, a promy różnią się co najwyżej kolorem i minimalnie rozkładem (powiedzmy, że jeśli jeden wypływa o 10, to drugi o 10:30, i oba są ogromne, więc tak naprawdę można się tam zjawić z marszu i na pewno znajdzie się dla nas miejsce na pokładzie.  Rejs trwa zaledwie 35 minut.

Kupujemy bilet i nie dajemy się nabrać na „okazjonalny” wynajem skuterów za jedyne 35 USD („ostatnia szansa, na wyspie zapłacicie 70!!!”). To klasyka meksykańskiego gatunku – otóż na wyspie można spokojnie wynegocjować cenę 15 USD.

Na miejscu, będąc w towarzystwie 3-4 osób warto skusić się na wypożyczenie jeepa (po podzieleniu kosztów, cena na osobę będzie niewiele wyższa od tej skutera). Jeśli zaś zamierzamy spędzić na Cozumel nie więcej niż parę godzin, dobrym rozwiązaniem jest też wynajęcie taksówki i wtedy odpada nam koszt paliwa (a nie jest on mały), a dochodzi możliwość konsumpcji Margarity czy innej tequili. Podróż komunikacją miejską lepiej sobie darować, bo trasy autobusów nie prowadzą do popularnych miejsc, a kierowcy nie mówią po angielsku. Jest to środek transportu przewidziany raczej dla miejscowych.

PLAŻE

Cozumel to miejsce stworzone do spokojnego eksplorowania i odwiedzania różnych plaż. Mnie do gustu przypadła szczególnie Palancar z czyściutkim piaskiem i świetną restauracją – to ostatni kurort na zachodnim wybrzeżu, jeśli kierujemy się z miasta na południe. To właśnie ten moment, gdy należy założyć maskę do snorkelingu, zamoczyć się w przezroczystej wodzie i podryfować. Podwodna roślinność nie jest zbyt obfita, ale zdecydowanie warto się rozglądać za pięknymi, egzotycznymi rybami i ogromnymi muszlami. Żeby zobaczyć rafę trzeba popłynąć łódką na południe. Jestem chyba jedyną nomadką, która boi się nurkować ze sprzętem 😉 dlatego odpuszczam dalsze wyprawy. Zdecydowanie bardziej leży mi nurkowanie z rurką – niezależnie od głębokości wody i odległości od brzegu, zawsze można znaleźć coś ciekawego.

Jeśli chodzi o zachodni brzeg wyspy, w zasadzie, na całej jego długości występuje jakaś forma zabudowy – głównie są to kurorty turystyczne i restauracje. Trzeba jednak wiedzieć, że plaże są publiczne i nie należą do hoteli (dla przejezdnych to win-win – właściciele kurortów dbają o teren plaży i zapewniają dobrą infrastrukturę, ale nie pobierają żadnych opłat).

Ponieważ zachodnie wybrzeże znajduje się w kanale pomiędzy wyspą a kontynentem, praktycznie nie uświadczy się tam fal – tafla wody jest spokojna jak w jeziorze. Zupełnie inaczej wygląda zaś strona wschodnia, gdzie jest kompletnie pusto i dziko. Pierwsza reakcja to szok, bo to jedno z niewielu miejsc, które nie jest oblepione amerykańskimi turystami. Te opuszczone przestrzenie poprzetykane pojedynczymi knajpami są wynikiem tutejszego klimatu – ryzyko burz i huraganów jest tu dużo większe. Na całej wyspie nie widziałam żadnego budynku wyższego niż jedno piętro, za to znalazłam dość dużo pozostałości po spotkaniu drewnianych chatek z burzowym wiatrem. Plaże po tej stronie Cozumel nie są ani trochę tak wypieszczone jak ich zachodnie odpowiedniki, są zarośnięte i niestrzeżone, a w brzeg wody wgryzają się pojedyncze skały. Jest to cena, jaką płacimy za ucieczkę od tłumów.

SAN MIGUEL

Na koniec dnia warto pokręcić się po pełnym kolorów miasteczku San Miguel i przejść się fantastyczną promenadą z świetnymi barami i restauracjami. Kto zdecydował się na wypożyczenie samochodu lub skutera, wręcz MUSI wyjechać poza centrum i zapolować na najlepsze tacos (zgodnie z miejscową logiką, im lokal wygląda bardziej obskurnie, tym więcej w nim lokalsów i tym pyszniejsze i tańsze jedzenie). Czy warto zostać dłużej? Ja z pewnością zagospodarowałabym tam kilka dni. Poza tym, co ważne dla cyfrowych nomadów – internet ma dobry zasięg, nawet w dość opuszczonych miejscach, co na takich wyspach jest bardzo rzadkie. W razie „w”, blisko portu znajduje się deska ratunkowa freelancera – Starbucks. Niestety, ceny noclegowe są wyższe niż na stałym lądzie, plus kursowanie promem oznacza, że nie jest to optymalna baza wypadowa do innych, równie czarujących miejsc w okolicy.

Kto ma ochotę się tam wybrać?

Ewa

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *